Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rok. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 kwietnia 2014

Maraton dzień 3 - Welcome 2 Detroit City

Cześć,
ochłonęłam po średnim początku wczorajszego dnia. Ale z tego wszystkiego  zapomniałam się pochwalić, że Lady Eagles wygrały 4:00 w Detroit w poniedziałek!!! Mało przychylnie wyrażałam się w swojej drużynie w niedzielę, ale jak widać potrafimy pokazać na co nas stać!!!

Zabieram Was do Detroit. Pamiętam co mówiłam we wrześniu -  nie jest AŻ tak źle, bywałam w gorszych miejscach. W Detroit bywałam, ale nie zapuszczałam się w jakieś podejrzane dzielnice. W sobotę robiłam swoje "senior pictures" (o tym też szerzej inną okazją) i byłam w sercu DT a nie w części reprezentacyjnej/przejazdowej/ciekawej dla potencjalnego turysty.
Jedyne do czego mogę to porównać z czymś co widziałam wcześniej to fotografie z 2WŚ. I nie mam na myśli ludzi, to podkreślam, ale zniszczenie budynków.

Domy są opuszczone i najczęściej rozpadają się na kawałki. W innych przypadkach nikt nie trudził się zburzyć budynku i go podpalił. Sklepy przy ulicy wyglądają na opustoszałe. Ludzie bezdomni szukają domu w pustostanach.


Przypominam sobie zimę, która była ostra, długa i trwała do kwietnia. Żal mi jest tych ludzi, bo tutaj bardziej niż gdzieś indziej wierzę, że brak środków na życie zmusza ich do żebrania/stania przy drodze z szyldem, że zbierają na jedzenie. Zwrócę się do Wrocławian, albo do osób, które Wrocław odwiedzają - pamiętacie przejście przy dominikańskim? Albo Świdnickie? Pamiętacie matki z dziećmi? Albo inwalidów? To tak jakby wszędzie były te przejścia.




Wspomnę jeszcze, że w zeszłym roku mieszkałam na Hubach i dzielnie/nieświadomie zapuszczałam się w niektóre ulice o słabej renomie. Trójkąt to przy Detroit nowe osiedle na Krzykach i uwierzcie, że dzisiaj jak nigdy chciałabym przesadzać.











Istnieje jedna niepisana zasada - jedziesz przez te dzielnice Detroit więc pod żadnym pozorem się nie zatrzymuj. 

Coś co mnie dobiło to brak szacunku dla obiektu kultury. Nie przypominam sobie, żebym w Polsce spotkała się z niszczeniem czegoś co przynosi miastu zwiedzających co za tym idzie pieniądze, może poza niewielką farby na ścianie. Byłam na ulicy, która jest dziełem sztuki nowoczesnej. W zeszłym roku analizując "Abakany" na jakiś projekt stwierdziłam, że ciężko będzie mnie wprowadzić w zakłopotanie - Detroit przyszło z pomocą.
Punkt polega na tym, że domy przy ulicy są dziełami sztuki i rozłożone są tematycznie. Wiem, że nie jest to punkt każdej wycieczki, ponieważ trzeba się zanurzyć pomiędzy dzielnice, ale dla artystów czy pasjonatów sztuki z pewnością jest to perełka. Na skalę światową zapewne przynosi dochody.
Akcja zacieśnia się w momencie, kiedy spacerując i obcując ze sztuką widzisz pozostałości po domu, który padł ofiarą podpalenia. Nie umiem znaleźć dla tego incydentu wyjaśnienia, ja nie rozumiem zamysłu autora, ale w życiu bym tego nawet nie tknęła. Nie dlatego, że sztuka jest dla mnie tak ważna, tylko zdaję sobie sprawę, że to wspiera finansowo moje miasto. Podobnie stało się z głównym dworcem kolejowym.

Morał z tego jest taki, że przy kręceniu kolejnego sezonu The Walking Dead wystarczyłoby przenieść plan zdjęciowy do Detroit i byłoby jeszcze dramatyczniej.

Na koniec wrzucę Wam fragment piosenki Eminema, który urodził się w Detroit.
"Gdzie moi gangsterzy i wszyscy moi bandyci?
Podnieś ich ręce i pokaż trochę miłości
A ja witam cię w mieście Detroit
Powiedziałem że witam cię w mieście Detroit"
 
Do jutra, 
trzymajcie się ciepło, 
Iga


czwartek, 4 lipca 2013

Jak wyglądała moja aplikacja i jakie jest moje egoistyczne podejście

Cześć!
Piszę ten post po raz drugi. Dopisywałam poprzednią wersję przez parę godzin i jak już kończyłam - usunęłam. Ale jak to zrobiłam jednym kliknięciem, nie wiem. Trudno, napiszemy raz jeszcze ;)
Powiedziałam, że odezwę się jak dostanę placement (którego jeszcze nie dostałam). Od 17 kwietnia jestem uzależniona od telefonu, skrzynkę mailową sprawdzam przynajmniej 20 razy dziennie.
Postanowiłam, że opiszę jak wyglądała moja aplikacja, składanie wniosku, wizyta w ambasadzie.



I ETAP
20 lutego pojechałam z tatem do Warszawy (biuro FOSTER), napisałam SLEPa. Tato podpisał dokumenty i wróciłam tego samego dnia do Wrocławia. Moje współlokatorki, zrobiły mi niespodziankę, porozwieszały karteczki z gratulacjami, dziękuję raz jeszcze! Powiedziałam też znajomym/ludziom ze szkoły, że wyjeżdżam i jest to pewna informacja. Jedni cieszyli się razem ze mną, drudzy już zapowiedzieli, że będą tęsknić a trochę osób było zdziwionych. Po małej euforii przyszedł czas na kompletowanie dokumentów. Mój kwestionariusz wypełniałam ręcznie, musiałam to wszystko zeskanować, wysłać i wypełnić to samo w internecie.
II ETAP
Aplikację rozpoczęliśmy od pisania listów do host rodziny, jeden z nich pisałam ja, drugi rodzice. Kompletowałam swój album rodzinno-przyjacielski. W tej części podawałam też dokładne dane dotyczące mnie, rodziców i mojej siostry.
Druga część zawierała informacje medyczne. Miałam to szczęście, że mój lekarz jest anglojęzyczny, więc nie musiałam nic tłumaczyć. Tu chyba było najwięcej do zrobienia, musiałam mieć zmierzone ciśnienie w 3 pozycjach, przed i po wysiłku fizycznym w różnych odstępach czasu. Parę lat temu złamałam rękę i musiałam przedstawić dokumentację medyczną. Brakowało mi jednego szczepienia, na różyczkę, odrę i świnkę, szczepiłam się od razu, żeby nie mieć dodatkowej roboty w US.
Trzecia część to dokumenty ze szkoły. Sama się tym nie zajmowałam, poprosiłam o pomoc moją tutorkę. Szkolny koordynator podpisywał jak w polskim systemie są tłumaczone oceny amerykańskie i odwrotnie. Zrobiłam kserokopie świadectw sprzed 3 lat i przetłumaczyłam je na ich stopnie. Mój nauczyciel języka angielskiego opisał mnie jako uczennicę i według podanych kryteriów określił moje predyspozycje językowe.
Ostatnią częścią zajął się FOSTER, były tam różne zgody, potwierdzenia itd. 17 kwietnia zamknęłam aplikację i już mogłam być wybierana wśród innych wymieńców z całego świata.
III ETAP
Rozpoczął się w maju, kiedy przyszły dokumenty ze stanów. W kopercie był dokument DS2019, potwierdzenie opłaty SEVIS, "student handbook" od fundacji. O wizie zaczęłam myśleć pod koniec maja, kiedy wróciłam z wymiany z Turcji. Końcem, końców za złożenie wniosku zabrałam się po 10 czerwca. Chciałam dokończyć wszystko w szkole, żeby nie mieć później wyrzutów sumienia, że coś zawaliłam kosztem małej  rzeczy. Do systemu aplikacyjnego logowałam się nieustannie od 15 do 22 (więc wyobraźcie sobie jak zdenerwowana byłam). Utworzyłam cztery różne aplikacje, bo system mnie wyrzucał i dopiero za czwartym razem udało mi się zalogować na poprzednio utworzone konto. Było tam mnóstwo dziwnych pytań, o terroryzm, przynależność do gangów, czy udział w wykorzystywaniu dzieci. Niby śmieszne, ale takie są procedury. Kiedy doszłam do momentu, w którym musiałam podać dane dwóch osób (niespokrewnionych blisko ze mną), które potwierdzą "w razie w", że nie jestem osobą niebezpieczną a dane, które podałam we wniosku są zgodne z prawdą. Z pomocą jak zawsze przyszła mi moja współlokatorka - Ania i znajomy, którego nie chciałam prosić o pomoc bo wydawał się być niezadowolony z mojego wyjazdu. Stało się tak, bo osoby, z którymi wcześniej się umówiłam (łącznie z moją mamą), że zadzwonię - nie odbierali, zdziwieni oddzwaniali z pytaniami czy może dostałam już placement ;)
Załadowałam zdjęcie, które zrobiła mi również Ania. Kiedy skończyłam i chciałam się umówić na spotkanie zobaczyłam, że nie ma wolnych miejsc. Przestraszyłam się, ale nie chciałam denerwować rodziców, więc nie zadzwoniłam. Rano nie poszłam na pierwsze lekcje, dzwoniłam do ambasady (o dziwo nie było drogo!) i okazało się, że serwery nie działy wczoraj do końca sprawnie no i umówiłam się na 24.06 na godzinę 9:00 rano.
IV ETAP
Wybrałam ambasadę w Warszawie, bo przy okazji tego samego dnia byłam na spotkaniu informacyjnym w FOSTERZE. W ambasadzie zostawiamy swoje telefony komórkowe, przechodzimy kontrolę bezpieczeństwa i ustawiamy się w kolejce do rejestracji. Przy okienku, pani mi powiedziała, że mam złe zdjęcie, które jest niewyraźne. Zrobiłam duże oczy i zaczęłam się bać. Po skonsultowaniu tego z konsulem dostałam swój numerek i usiadłam w poczekalni. Wcześniej słyszałam, że konsul zadał trzy pytania i po sprawie. Oczywiście byłam spięta i wyprostowana jak struna kiedy na niego czekałam. Pytał o:
-miejsce w którym będę mieszkać,
-dokładną nazwę mojej fundacji i jej przybliżony adres
-moje prawa podczas pobytu,
-numer alarmowy (nie byłam pewna, powiedziałam "maybe like in movies? 911?" na co konsul wycelował we mnie palec i się uśmiechnął; dopiero wtedy się troszkę rozluźniłam),
-spytał czemu chcę jechać i gdybym wybierała sama stan to który by to był i dlaczego.
Jak widzicie, nie były to trzy pytania i tyle. Życzył mi powodzenia i powiedział, że wizę będzie można odebrać do 9 dni roboczych pod adresem, który wskazałam w formularzu.
Na spotkaniu w FOSTERZE moja mama wypytywała o moje ubezpieczenie, ja zaznaczyłam, że chciałabym mieszkać z innym wymieńcem.



              Tak wyglądała moja aplikacja i sprawy związane z wizą. Mój paszport odebrali rodzice (ja jestem na wakacjach :)) wysłali mi zdjęcie wizy i powiedzieli, że teraz nic nie stoi mi na przeszkodzie by wyjechać. Moja siostra została w domu, dzień przed wizytą w ambasadzie powiedziała mamie, że chciałaby, żebym wizy nie otrzymała, bo zostałabym w Polsce. Zuzko moja najukochańsza, to że jadę, nie znaczy, że nie wrócę! A właśnie tego wszyscy się boją, że pojadę i nie wrócę już na stałe do kraju. Sama trochę się tego boję i tego, że za bardzo się zakocham w stanach. Z tego powodu nie nastawiam się na cokolwiek, będę się starać przystosować, nic nie zakładam z góry (prócz tego, że przytyję- a nie chcę). Przez to, że się nie nastawiam i staram się nie planować niczego zanim się tam nie znajdę, nie boję się tego roku. Wierzę w to, że poradzę sobie ze wszystkim, dotąd nikt i nic nie było w stanie skłonić mnie do rezygnacji z wymiany. Wiem, że zostawiam tu ludzi, których kocham, za nimi będę tęsknić, ale to mój moment. Nie chodzi o kogoś, kto stoi z boku. To moja krótka chwila i mój czas. A w tej chwili spełnią się moje marzenia.
Ktoś mi powie, że takie podejście jest egoistyczne, może jest. Kiedy marzenia wydają się być nierealne, są warte spełnienia. Moje są wielkie i większość ludzi głośno ze mnie kpiła kiedy się do nich przyznawałam, a ja dalej dmuchałam świeczki, żeby wyjechać. Uczyłam się języka, czytałam książki, oglądałam filmy, wyłapywałam slang, uczyłam się historii tego kraju. Też zapracowałam na to co mam, a robiąc to wszystko po kolei nikogo nie odrzuciłam. Nie uciekam od bliskich, ponieważ zamierzam tu wrócić. Nie będę mówić żegnaj, tylko do zobaczenia za rok. 
Pozdrawiam Was wszystkich ze słonecznego Świnoujścia i dołączam swoje zdjęcie z Werą (do której pewnie szybko będę chciała wracać!)

P.S. w razie pytań piszcie, jeśli będę umiała to chętnie pomogę! ;)

niedziela, 21 kwietnia 2013

Przydługi, potrzebny wstęp wymieńca

Postanowiłam zacząć pisać kolejnego bloga, oczywiście zupełnie różniącego się od www.igaer.blogspot.com . Dziś mamy 21 kwietnia, najprawdopodobniej za 4 miesiące o tej porze albo będę w drodze do USA lub będę już za oceanem. Chciałabym opisać swoje spostrzeżenia, nadzieje jakie wiążę z wyjazdem (chyba po to, bym nie zapomniała ich w trakcie ;)), a także pokazywać tu wszystko co zdołam uchwycić podczas wyjazdu, nie chcę się chwalić, uważam po prostu, że będzie to świetny sposób na opowiedzenie wszystkim członkom rodziny, znajomym co się u mnie dzieje. Chcę już teraz ułatwić sobie kontakt z nimi! ;)

O wyjeździe do USA marzę od dziecka, mając 12 bądź 13 lat znalazłam ogłoszenie o programie "rok szkolny w USA", od razu się tym zainteresowałam.Od 4-5 lat myślałam o tym by wyjechać do Ameryki. Jest to moje największe marzenie, miłością do tego kraju zaszczepił mnie mój pradziadek. Wielokrotnie podejmowałam temat z rodzicami, powiedzieli, żebym wróciła do rozmowy po pierwszym semestrze I klasy LO. Wróciłam, z gotowymi ofertami, dobrze się do tego przygotowałam. Nasza rozmowa skończyła się płaczem, krzykiem i niepotrzebnym spięciem. Straciłam nadzieję, że wyjadę wcześniej niż po liceum. Reszta rodziny była podzielona. Jedna strona twierdziła, że robię głupstwo, że spapram sobie takim wyjazdem życie i chcę wszystko co dostałam tutaj, zostawić. Mimo takich słów, druga połowa bardzo mnie w moich działaniach wspierała. Wierzyli od początku w to, że sobie poradzę. Dałam moim rodzicom czas do namysłu, uwierzyli, że warto i dobrze wykorzystam tę szansę jaką mi dają. Każdego dnia w duchu im za to dziękuję. Złożyłam dokumenty, zdałam SLEP'a. 5 dni temu zamknięto moją aplikację, dziś szukają już dla mnie placementu (rodziny goszczącej, u której będę mieszkała). Moi przyjaciele, bardzo mnie popierają, za co im dziękuję, wiem, że ciężko nam będzie się rozstać za parę miesięcy, ale wiem, że mimo różnicy czasu zawsze odbiorą telefon ode mnie. Moja Zuzka(siostra) i rodzice bardzo się starają. Mimo tego, że podokuczam Zuzi, że za parę miesięcy wyjadę i nie będzie musiała słuchać mojego weekendowego zrzędzenia, wiem, że będę ogromnie tęsknić. Brakuje mi jej co tydzień kiedy jestem w szkole (od września mieszkam sama w szkolnej bursie). Mój tato podchodzi do tego z dystansem, tak mi się przynajmniej zdaje. Mama bardziej to przeżywa i chyba bardziej niż ja sama czuje, że za 5 miesięcy mnie nie będzie choćby na weekend.

Marzę by znaleźć się blisko Nowego Jorku, ale jeśli trafię do słonecznej Arizony, czy kukurydzianego Kansas nie będę płakać czy zamartwiać się, jak TAM będzie.
Nie boję się. Strach w tym momencie jest mi obcy. Jestem w znacznym stopniu oswojona z myślą, że wyjeżdżam. Poradzę sobie z każdą trudnością, wierzę w to mocno. Pradziadek Ted powiedział mi pewnego razu "Ameryka jest ładna na zdjęciach, filmach. Kiedy się już tam znajdziemy pozostaje ciężka praca jak wszędzie". Mimo tego jak racjonalnie podchodził do swojej prawdziwej ojczyzny, bardzo ją kochał. Mam nadzieję, że i ja ją pokocham!


Odezwę się jak dostanę placement i będę znała szczegóły.
Pozdrawiam! ;)