Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą usa. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 kwietnia 2014

Maraton dzień 3 - Welcome 2 Detroit City

Cześć,
ochłonęłam po średnim początku wczorajszego dnia. Ale z tego wszystkiego  zapomniałam się pochwalić, że Lady Eagles wygrały 4:00 w Detroit w poniedziałek!!! Mało przychylnie wyrażałam się w swojej drużynie w niedzielę, ale jak widać potrafimy pokazać na co nas stać!!!

Zabieram Was do Detroit. Pamiętam co mówiłam we wrześniu -  nie jest AŻ tak źle, bywałam w gorszych miejscach. W Detroit bywałam, ale nie zapuszczałam się w jakieś podejrzane dzielnice. W sobotę robiłam swoje "senior pictures" (o tym też szerzej inną okazją) i byłam w sercu DT a nie w części reprezentacyjnej/przejazdowej/ciekawej dla potencjalnego turysty.
Jedyne do czego mogę to porównać z czymś co widziałam wcześniej to fotografie z 2WŚ. I nie mam na myśli ludzi, to podkreślam, ale zniszczenie budynków.

Domy są opuszczone i najczęściej rozpadają się na kawałki. W innych przypadkach nikt nie trudził się zburzyć budynku i go podpalił. Sklepy przy ulicy wyglądają na opustoszałe. Ludzie bezdomni szukają domu w pustostanach.


Przypominam sobie zimę, która była ostra, długa i trwała do kwietnia. Żal mi jest tych ludzi, bo tutaj bardziej niż gdzieś indziej wierzę, że brak środków na życie zmusza ich do żebrania/stania przy drodze z szyldem, że zbierają na jedzenie. Zwrócę się do Wrocławian, albo do osób, które Wrocław odwiedzają - pamiętacie przejście przy dominikańskim? Albo Świdnickie? Pamiętacie matki z dziećmi? Albo inwalidów? To tak jakby wszędzie były te przejścia.




Wspomnę jeszcze, że w zeszłym roku mieszkałam na Hubach i dzielnie/nieświadomie zapuszczałam się w niektóre ulice o słabej renomie. Trójkąt to przy Detroit nowe osiedle na Krzykach i uwierzcie, że dzisiaj jak nigdy chciałabym przesadzać.











Istnieje jedna niepisana zasada - jedziesz przez te dzielnice Detroit więc pod żadnym pozorem się nie zatrzymuj. 

Coś co mnie dobiło to brak szacunku dla obiektu kultury. Nie przypominam sobie, żebym w Polsce spotkała się z niszczeniem czegoś co przynosi miastu zwiedzających co za tym idzie pieniądze, może poza niewielką farby na ścianie. Byłam na ulicy, która jest dziełem sztuki nowoczesnej. W zeszłym roku analizując "Abakany" na jakiś projekt stwierdziłam, że ciężko będzie mnie wprowadzić w zakłopotanie - Detroit przyszło z pomocą.
Punkt polega na tym, że domy przy ulicy są dziełami sztuki i rozłożone są tematycznie. Wiem, że nie jest to punkt każdej wycieczki, ponieważ trzeba się zanurzyć pomiędzy dzielnice, ale dla artystów czy pasjonatów sztuki z pewnością jest to perełka. Na skalę światową zapewne przynosi dochody.
Akcja zacieśnia się w momencie, kiedy spacerując i obcując ze sztuką widzisz pozostałości po domu, który padł ofiarą podpalenia. Nie umiem znaleźć dla tego incydentu wyjaśnienia, ja nie rozumiem zamysłu autora, ale w życiu bym tego nawet nie tknęła. Nie dlatego, że sztuka jest dla mnie tak ważna, tylko zdaję sobie sprawę, że to wspiera finansowo moje miasto. Podobnie stało się z głównym dworcem kolejowym.

Morał z tego jest taki, że przy kręceniu kolejnego sezonu The Walking Dead wystarczyłoby przenieść plan zdjęciowy do Detroit i byłoby jeszcze dramatyczniej.

Na koniec wrzucę Wam fragment piosenki Eminema, który urodził się w Detroit.
"Gdzie moi gangsterzy i wszyscy moi bandyci?
Podnieś ich ręce i pokaż trochę miłości
A ja witam cię w mieście Detroit
Powiedziałem że witam cię w mieście Detroit"
 
Do jutra, 
trzymajcie się ciepło, 
Iga


czwartek, 10 października 2013

Zmiany w szkole

Cześć wszystkim!
Dziś pogadamy o małych rewolucjach jakie zaistniały w ciągu ostatniego miesiąca. Są one bardzo korzystne, teraz muszę poświęcić szkole więcej czasu. Ale zacznijmy od początku...
Wiecie, że zaczęłam rok szkolny jako junior (co oznacza, że byłam uczniem 11 klasy). Przypomnę Wam mój pierwszy plan lekcji:
1. 11 Angielski
2. Prawo biznesowe
3. Historia USA
4. Dziennikarstwo
5. Pre-calculus - matematyka
Minęło parę dni, rozeznałam się w temacie i przyszedł czas na pisanie artykułu na dziennikarstwo. Tematem był "profil nauczyciela". Chciałam pisać o kimś z kim mam lekcje, więc padło na jedną z moich nauczycielek angielskiego. Po przeprowadzonym wywiadzie zaczęłyśmy rozmawiać o mnie, poprzedniej szkole. Wymsknęło mi się, że seniorzy (uczniowie 12 i ostatniej klasy liceum) mają fantastyczny rok, ze względu na całą otoczkę ukończenia szkoły itd. Jeśli ktoś nie wie o czym mówię to zapraszam do obejrzenia filmu o amerykańskim liceum (zwłaszcza o "senior year")  i ekstra przykładem będzie Glee lub High School Musical. Zostałam zapytana czy nie starałam sie przenieść do następnej klasy, skoro mam tak świetne oceny (i wiekiem pasuję). Szczerze odpowiedziałam, że to nieuprzejme na wejściu pytać o dyplom ukończenia szkoły i że nie po to tu głównie jestem. Uwierzcie, że byłam bardzo podekscytowana kiedy to Ms. Slyman poszła ze mną do mojej counselor (nazwijmy ją opiekunem szkolnym), aby z nią porozmawiać. Nikt nie starał się mi podłożyć nogi i nie czekał na moją porażkę. Wszystko poszło w miarę gładko i tak, jestem seniorem!!! Nawet teraz przechodzą mnie dreszcze, jak myślę, że jestem taką szczęściarą!
Co oznacza bycie seniorem? Otrzymam High School Diploma, czyli dyplom ukończenia szkoły. Dzięki temu nie muszę powtarzać klasy w polskim liceum, ba! ja nawet nie muszę wracać do klasy maturalnej. Będę miała wykształcenie średnie, więc mogę śmiało aplikować na studia. HSD nie jest jedynym profitem, czeka mnie prom(bal maturalny), graduation (cała ceremonia rozdania świadectw i znów polecam obejrzeć filmy), zdjęcia w yearbook (rocznik szkolny) i wiele innych. Inaczej się jest seniorem (a gorzej juniorem). Lunch od początku roku jadam z tymi samymi ludźmi i wszyscy są uczniami 12klasy, czułam się młodsza mimo tego, że jesteśmy w tym samym wieku i nie wiem dlaczego, bo od kilku lat jestem najmłodsza wśród ludzi jakimi się otaczam i mi to zupełnie nie przeszkadzało.
Musiałam też zmienić mój plan lekcji, ale ustaliłyśmy z moją "opiekunką", że zamienimy jedynie angielski na 12klasę i zrobię to dopiero od drugiego trymestru, żeby mi było łatwiej. Do otrzymania dyplomu szkoły potrzebny jest mi test ACT (czytanie-pisanie-matematyka-p. ścisłe; nazwijmy to małą maturą).
Zastanawiałam się co zrobię dalej, po powrocie z USA w przyszłym roku (bo jeśli ja nie mam żadnego planu to działam jak na zwolnionych obrotach, kiedy jest plan, oznacza to, że należy osiągnąć cel i działamy w tempie x2).
Tak, będę aplikowała na uczelnie amerykańskie. Jestem zakochana w USA i to bardzo. Miałam cichą nadzieję, że może moja ekscytacja tym "światem" nieco zmaleje jak się tu znajdę i doświadczę prawdziwego życia w amerykańskim społeczeństwie- nic z tych rzeczy. Każdego dnia kocham życie tutaj bardziej i bardziej, ale też coraz moniej i mocniej jestem wdzięczna moim rodzicom, że dali mi szansę na znalezienie się w tej innej rzeczywistości. Po 6 tygodniach w stanach stwierdzam jednogłośnie - RÓŻNICA CZASU JEST DO BANI! Przeszkadza mi w komunikacji z nimi i jest niestety nie do przeskoczenia. Co więcej zamierzam sama płacić za swoje studia. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, żeby moi rodzice za nie płacili. To moja fanaberia, że kraj nad Wisłą nie jest spełnieniem moich marzeń. Oni też mają prawo (wręcz obowiązek! ;)) spełniać swoje marzenia, choć starają się mi nieba przychylić.
Zamierzam aplikować nie tylko w Ameryce, z racji tego, że w Europie mam większe szanse na dostanie kredytów studenckich. I do rodziny mam bliżej, co jest jednym z najbardziej decydujących czynników.
Plan wygląda następująco - dostać dyplom, być najszczęśliwszą na świecie po otrzymaniu potwierdzenia o przyjęciu na studia i dozgonnie wdzięczną moim rodzicom za to jak mnie wychowali. 
Mam to szczęście, że jedną z ważniejszych rzeczy, jakie mi wpoili do głowy to to, że mogę osiągnąć wszystko o czym zamarzę jeśli będę na to ciężko pracować, i że zawsze mam wolny wybór, i sama podejmuje swoje decyzje. Ponoszę ich konsekwencje, ale oni w nie ingerują. Wiem, że mi nie podetną skrzydeł, tylko każdego dnia doklejają mi nowe piórka. Gdyby nie oni, nie wierzyłabym w to kim jestem i nie miałabym siły by dążyć do tego kim chcę być i co osiągnąć. Zrobiło się strasznie sentymentalnie. A chciałam powiedzieć, że do studiowania w Europie potrzebne mi są jeszcze inne egzaminy.
Nazywają się Advanced Placement. W zależności od uczelni są one wymienne z SAT2 (czyli egzamin z danego przedmiotu) i wymagania różnią się co do ich liczby(2 lub 3). Będę zdawała 3 APs. Pierwszy egzamin - niemiecki, Ci co mnie znają osobiście i wiedzą jak zawiła była moja kariera germanistyczna, może będą się śmiali, ale wybrałam ten przedmiot bo nie muszę się uczyć do testu niczego nowego. Nie używałam języka prawie półtora roku, ale po sprawdzeniu wymagań, wiem, że sobie poradzę. Tym bardziej, że mogę liczyć na pomoc mojego byłego nauczyciela j. niemieckiego. Drugim przedmiotem jest historia Europy i chyba za dużo tłumaczyć nie trzeba, znów nie muszę się przykładać szczególnie, nawet nie muszę uczyć się nowych map Europy (ba! nawet dobrze granice Polski wyznaczają w materiałach). Trzecim przedmiotem jest literatura angielska, tutaj bierzemy się ostro do roboty i dopisujemy nowe wyzwanie. Wierzę, że podołam, ale będzie mi łatwiej bo w szkole jest kurs, który przygotowuje do tych testów.
Od zeszłego tygodnia jestem uczennicą tej klasy. Musiałam wykombinować jak to zrobić, żeby upchnąć 6 przedmiot w pięciolekcyjnym planie.
Z historii miałam 100% (w szkole obowiązuje system punktowy, jak ktoś nie zna to www.lo12.wroc.pl i jest bardzo podobnie). Powiedziałam do przyjaciela, że mam (aż i tylko) A jako ocenę "proponowaną na trymestr" i usłyszałam, że co chciałabym więcej skoro wyżej jak 100% się nie da. Pozdrawiam, mam 107% z historii w chwili obecnej i około 110% z prawa.
Dzięki temu, że jestem tak dobrą uczennicą (patrz- sumienną), mam obecnie "independent study" z historii USA, czyli dostaję inne materiały niż klasa i pracuję nad nimi w domu a w czasie historii uczestniczę w zajęciach AP English.
To chyba tyle ze zmian, w tym tygodniu jestem nieobecna w szkole, co nie oznacza, że nie obowiązują mnie terminy oddania prac/artykułów. Na tapecie dalej widnienie Elżbieta i w porównaniu do Poniatowskiego, o którym pisałam podobną pracę w zeszłym roku po przeczytaniu książki o Eli, jestem jeszcze bardziej nią zaintrygowana niż przed lekturą.
Fajnie, że ze mną jesteście, dajecie niezłego kopa wiadomościami! W poniedziałek kolejny stricte amerykański post.
Pozdrawiam Was wszystkich,
senior 2014 IGA from Poland.
P.S. Właśnie jestem w środkowych stanach i zupełnie magicznie jest poznawać nowy akcent, słownictwo i mieć świadomość, że z granicy  z Kanadą przetransportowałam się do centrum! Zostawiam Wam zdj mapy i już uciekam! 


wtorek, 24 września 2013

Polskie "pierogies"

Cześć wszystkim!
Dziś będziemy mówić o gotowaniu. Opowiadałam Wam o przygodzie z cebulowym rosołem i kurczakiem. Zupa ani kurczak do tradycyjnych potraw kojarzonych tylko z Polską, niestety nie należą.  Nadarzyła się okazja by to nadrobić...
W zeszły piątek w domu Les lepiłyśmy/gotowałyśmy PIEROGI RUSKIE. Do jakże podniosłego wydarzenia przygotowywałam się tydzień, próbowałam wysępić przez mamę przepis na najlepsze (moim zdaniem) pierogi świata.  Moja mamusia,  optymistka stwierdziła, że i tak farsz nie będzie tak dobry jak ten nasz ulubiony, ponieważ nie mam wprawy i doświadczenia w lepieniu pierogów.  Nie zniechęciło mnie to jednak do spróbowania!
Znalazłam najprostszy przepis w internecie i oczywiście musialam go trochę pozmieniać (motto życia "INNOWACJE W KUCHNI SĄ POTRZEBNE").
Zabrałam się ochoczo do pracy koło 7 popołudniu a cała zabawa skończyła się chyba po 11.
Efekt końcowy nie był wynikiem tylko mojej pracy. Pomagały mi Les, hmom, Phuong i Kathi. Wspólnymi siłami pierogi wyszły przepyszne a farsz (o dziwo!) wyszedł taki sam jak ten wcześniej wspomniany! Nie mam zielonego pojęcia czemu to zawdzięczam,  skłaniam się ku stwierdzeniu, że jeśli robimy coś z sercem to rezultat będzie zaskakująco dobry. Zostawiam Wam zdjęcia z naszego gotowania,  wszystkich wymieńców zachęcam by gotowali ze swoimi hostami, tłumaczenia poszczególnych składników w języku polskim, jest przezabawne dla obu stron i gwarantuję, że taka forma spędzania czasu Was do siebie zbliży. 
Pozdrawiam

poniedziałek, 23 września 2013

Poniedziałki w Ameryce #1

Cześć Wszystkim!
W wiadomościach od Was często znajduję pytania, propozycje na nowe posty i zażalenia, że tak rzadko piszę. Po pierwsze nie będę opisywała każdego mojego dnia na blogu, bo dla mnie samej czytanie streszczeń na innych wydaje się nudne i po 1/3 przerywam, a wywołanie w Was znudzenia to ostatnia rzecz jakiej bym sobie życzyła. Próśb o konkretne posty jest coraz więcej, w związku z tym postanowiłam otworzyć nowy cykl. Nazwa brzmi: Poniedziałki w Ameryce. Zgodnie z tytułem, posty będą się pojawiać w poniedziałki czasu polskiego. Wszystko co piszę, jest podyktowane tym, czego doświadczam podczas wymiany.

"Hi how you doin" - Mentalność

Prawdą jest, że większość (zdecydowana) ludzi, jest uprzejma. Kiedy przychodzimy do sklepu, pan ochroniarz miło się uśmiechnie i zapyta co u nas słychać. Podczas zakupów ludzie się do siebie uśmiechają, przepraszają kiedy chcą przejść, dziękują za pomoc. Nie wstydzą się powiedzieć "o rozpiął ci się guzik w koszuli" "masz rzęsę pod lewym okiem" i inne podobne przypadki. My (mam na myśli Polaków) nie odzywamy się obcych, tak jest i już. Nie naruszamy czyjejś strefy, prywatności. 
W pierwszym tygodniu wydawało mi się zupełnie dziwne, kiedy słyszałam (od zupełnie nieznanych osób) "podoba mi się twoja fryzura", "lubię kolor twoich butów". Zastanawiałam się czemu robią to tak naturalnie, bez żadnego skrępowania. Po paru razach zupełnie przestałam na to zwracać uwagę. Sama lubię siebie i staram się wyglądać tak, jak chcę, żeby mnie odbierano. Nie wstydzę się powiedzieć matce, spotkanej w sklepie, że ma śliczne dziecko, jeśli faktycznie tak uważam. 
Wszystkie te przytoczone przykłady mają też drugą stronę, bo nikt nie zwraca uwagi, czy jesteś gruby/chudy/biały/czarny. Nie wstydzą się przyznać, że coś im się podoba, mają wystarczająco przyzwoitości by nie patrzeć się krzywo na ludzi innych od nich samych. Różnice w społeczeństwie są bardzo duże, ale człowiek jest człowiekiem. Jeśli żyje w tym kraju, jest wolny w swoich wyborach. 
Pewnie, że kiedy słyszysz "how you doin" osoba, która Cię o to pyta nie czeka na twoją długą odpowiedź i zadowoli się zwykłym "wszystko w porządku". Nie wypada też narzekać, że pogoda jest brzydka a wstawać rano trzeba. Pewnie, że może wcale twojego rozmówcy nie obchodzi czy odpowiesz cokolwiek. Ale ja wolę krótkie "cześć, wszystko super a u ciebie" niż narzekanie, krzywe spojrzenia czy odwracanie się tyłkiem. A choćby komplement, jaki usłyszysz byłby nieszczery to i tak miło jest go usłyszeć.

Zapraszam Was wszystkich do pisania kolejnych propozycji, dziękuję za te już wysłane. 
Zostawiam też zdjęcie pt. "Iga ze swoim przyjacielem - masłem orzechowym"
POZDRAWIAM!

środa, 28 sierpnia 2013

1 post z USA

Cześć Wszystkim!
Doleciałam szczęśliwie i o czasie. Lot minął mi spokojnie, trafiło mi się miejsce obok Marcina (pozdrawiam, jeśli czytasz), nie nudziłam się, trochę spałam i skakałam pilotem po kanałach w tv. Po wylądowaniu nadal nie mogłam uwierzyć, że jestem w USA.
Rodzina przywitała mnie bardzo ciepło, ani na chwilę nie poczułam się obco. Były tabliczki "Welcome Iga" i dużo uśmiechów! Moja host siostra z Wietnamu, niestety spóźniła się na samolot i przyleci dopiero dzisiaj
W domu czekała na mnie kolejna niespodzianka, paczka, która zawierała podstawowe rzeczy do szkoły, papeterię z flagą USA, proporczyk, confetti itd. Omówiłyśmy z host mom kilka reguł obowiązujących w domu, rozpakowałam sie i poszłam spać.
Teraz jestem sama, ale zaraz przyjedzie córka host mom, Leslie, żeby zabrać mnie do szkoły, żebym mogła się zarejestrować itd. Następny post o pierwszej wizycie w szkole i przywitaniu Phuong z Wietnamu!
Zdjęcia mojego pokoju dodam, jak tylko spytam hmom czy nie ma nic przeciwko temu. Na razie zostawiam Wam moje zdj, całuję mocno.
Iga

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Pożegnania i ostatni dzień

Hejka!
Kończę się żegnać ze wszystkimi. Łzy same płyną do oczu. Ale nie są smutne, są potwierdzeniem tego, że to wszystko dzieje się naprawdę! Smutna będzie tęsknota za ludźmi. Nie jestem sama z moim wywracaniem wszystkiego do góry nogami, większość z moich przyjaciół stoi przed podobnymi problemami. 
Codziennie rano budzę się i myślę "Boże jak wielką jestem szczęściarą".
Moja walizka waży 22kg, bagaż podręczny niecałe 8kg ;) idealnie się zapakowałam!
Jutro o 11 będę już na lotnisku w Warszawie. Wylatuje o 12:30 do Amsterdamu, lot ma trwać 2h. 17:10 - kierunek Detroit!

Odezwę się już z USA.
Ściskam Was mocno!

środa, 21 sierpnia 2013

Świat w dwóch kolorowych walizkach

ZACZYNAMY SIĘ PAKOWAĆ- dzień drugi!
Większość rzeczy jest już gotowa, czeka na przydzielenie im miejscówek w walizce. Nie pakuję się na wyrost, zdecydowałam, że biorę z Polski ubrania podstawowe a resztę będę kupować na miejscu. Dużo miejsca zajmą prezenty dla host rodziny i Phuong (mojej host siostry). Moi przyjaciele nie wybaczyliby mi chyba, gdybym zapomniala o prezentach od nich. Mam szczególny sentyment do pisanych odręcznie listów, być może jestem zbyt ckliwa, ale na szczęście te pamiatki nie ważą za dużo i można je zabrać wszędzie.
Mój pokój wygląda jak pobojowisko, czas wziac się za sprzątanie!

czwartek, 4 lipca 2013

Jak wyglądała moja aplikacja i jakie jest moje egoistyczne podejście

Cześć!
Piszę ten post po raz drugi. Dopisywałam poprzednią wersję przez parę godzin i jak już kończyłam - usunęłam. Ale jak to zrobiłam jednym kliknięciem, nie wiem. Trudno, napiszemy raz jeszcze ;)
Powiedziałam, że odezwę się jak dostanę placement (którego jeszcze nie dostałam). Od 17 kwietnia jestem uzależniona od telefonu, skrzynkę mailową sprawdzam przynajmniej 20 razy dziennie.
Postanowiłam, że opiszę jak wyglądała moja aplikacja, składanie wniosku, wizyta w ambasadzie.



I ETAP
20 lutego pojechałam z tatem do Warszawy (biuro FOSTER), napisałam SLEPa. Tato podpisał dokumenty i wróciłam tego samego dnia do Wrocławia. Moje współlokatorki, zrobiły mi niespodziankę, porozwieszały karteczki z gratulacjami, dziękuję raz jeszcze! Powiedziałam też znajomym/ludziom ze szkoły, że wyjeżdżam i jest to pewna informacja. Jedni cieszyli się razem ze mną, drudzy już zapowiedzieli, że będą tęsknić a trochę osób było zdziwionych. Po małej euforii przyszedł czas na kompletowanie dokumentów. Mój kwestionariusz wypełniałam ręcznie, musiałam to wszystko zeskanować, wysłać i wypełnić to samo w internecie.
II ETAP
Aplikację rozpoczęliśmy od pisania listów do host rodziny, jeden z nich pisałam ja, drugi rodzice. Kompletowałam swój album rodzinno-przyjacielski. W tej części podawałam też dokładne dane dotyczące mnie, rodziców i mojej siostry.
Druga część zawierała informacje medyczne. Miałam to szczęście, że mój lekarz jest anglojęzyczny, więc nie musiałam nic tłumaczyć. Tu chyba było najwięcej do zrobienia, musiałam mieć zmierzone ciśnienie w 3 pozycjach, przed i po wysiłku fizycznym w różnych odstępach czasu. Parę lat temu złamałam rękę i musiałam przedstawić dokumentację medyczną. Brakowało mi jednego szczepienia, na różyczkę, odrę i świnkę, szczepiłam się od razu, żeby nie mieć dodatkowej roboty w US.
Trzecia część to dokumenty ze szkoły. Sama się tym nie zajmowałam, poprosiłam o pomoc moją tutorkę. Szkolny koordynator podpisywał jak w polskim systemie są tłumaczone oceny amerykańskie i odwrotnie. Zrobiłam kserokopie świadectw sprzed 3 lat i przetłumaczyłam je na ich stopnie. Mój nauczyciel języka angielskiego opisał mnie jako uczennicę i według podanych kryteriów określił moje predyspozycje językowe.
Ostatnią częścią zajął się FOSTER, były tam różne zgody, potwierdzenia itd. 17 kwietnia zamknęłam aplikację i już mogłam być wybierana wśród innych wymieńców z całego świata.
III ETAP
Rozpoczął się w maju, kiedy przyszły dokumenty ze stanów. W kopercie był dokument DS2019, potwierdzenie opłaty SEVIS, "student handbook" od fundacji. O wizie zaczęłam myśleć pod koniec maja, kiedy wróciłam z wymiany z Turcji. Końcem, końców za złożenie wniosku zabrałam się po 10 czerwca. Chciałam dokończyć wszystko w szkole, żeby nie mieć później wyrzutów sumienia, że coś zawaliłam kosztem małej  rzeczy. Do systemu aplikacyjnego logowałam się nieustannie od 15 do 22 (więc wyobraźcie sobie jak zdenerwowana byłam). Utworzyłam cztery różne aplikacje, bo system mnie wyrzucał i dopiero za czwartym razem udało mi się zalogować na poprzednio utworzone konto. Było tam mnóstwo dziwnych pytań, o terroryzm, przynależność do gangów, czy udział w wykorzystywaniu dzieci. Niby śmieszne, ale takie są procedury. Kiedy doszłam do momentu, w którym musiałam podać dane dwóch osób (niespokrewnionych blisko ze mną), które potwierdzą "w razie w", że nie jestem osobą niebezpieczną a dane, które podałam we wniosku są zgodne z prawdą. Z pomocą jak zawsze przyszła mi moja współlokatorka - Ania i znajomy, którego nie chciałam prosić o pomoc bo wydawał się być niezadowolony z mojego wyjazdu. Stało się tak, bo osoby, z którymi wcześniej się umówiłam (łącznie z moją mamą), że zadzwonię - nie odbierali, zdziwieni oddzwaniali z pytaniami czy może dostałam już placement ;)
Załadowałam zdjęcie, które zrobiła mi również Ania. Kiedy skończyłam i chciałam się umówić na spotkanie zobaczyłam, że nie ma wolnych miejsc. Przestraszyłam się, ale nie chciałam denerwować rodziców, więc nie zadzwoniłam. Rano nie poszłam na pierwsze lekcje, dzwoniłam do ambasady (o dziwo nie było drogo!) i okazało się, że serwery nie działy wczoraj do końca sprawnie no i umówiłam się na 24.06 na godzinę 9:00 rano.
IV ETAP
Wybrałam ambasadę w Warszawie, bo przy okazji tego samego dnia byłam na spotkaniu informacyjnym w FOSTERZE. W ambasadzie zostawiamy swoje telefony komórkowe, przechodzimy kontrolę bezpieczeństwa i ustawiamy się w kolejce do rejestracji. Przy okienku, pani mi powiedziała, że mam złe zdjęcie, które jest niewyraźne. Zrobiłam duże oczy i zaczęłam się bać. Po skonsultowaniu tego z konsulem dostałam swój numerek i usiadłam w poczekalni. Wcześniej słyszałam, że konsul zadał trzy pytania i po sprawie. Oczywiście byłam spięta i wyprostowana jak struna kiedy na niego czekałam. Pytał o:
-miejsce w którym będę mieszkać,
-dokładną nazwę mojej fundacji i jej przybliżony adres
-moje prawa podczas pobytu,
-numer alarmowy (nie byłam pewna, powiedziałam "maybe like in movies? 911?" na co konsul wycelował we mnie palec i się uśmiechnął; dopiero wtedy się troszkę rozluźniłam),
-spytał czemu chcę jechać i gdybym wybierała sama stan to który by to był i dlaczego.
Jak widzicie, nie były to trzy pytania i tyle. Życzył mi powodzenia i powiedział, że wizę będzie można odebrać do 9 dni roboczych pod adresem, który wskazałam w formularzu.
Na spotkaniu w FOSTERZE moja mama wypytywała o moje ubezpieczenie, ja zaznaczyłam, że chciałabym mieszkać z innym wymieńcem.



              Tak wyglądała moja aplikacja i sprawy związane z wizą. Mój paszport odebrali rodzice (ja jestem na wakacjach :)) wysłali mi zdjęcie wizy i powiedzieli, że teraz nic nie stoi mi na przeszkodzie by wyjechać. Moja siostra została w domu, dzień przed wizytą w ambasadzie powiedziała mamie, że chciałaby, żebym wizy nie otrzymała, bo zostałabym w Polsce. Zuzko moja najukochańsza, to że jadę, nie znaczy, że nie wrócę! A właśnie tego wszyscy się boją, że pojadę i nie wrócę już na stałe do kraju. Sama trochę się tego boję i tego, że za bardzo się zakocham w stanach. Z tego powodu nie nastawiam się na cokolwiek, będę się starać przystosować, nic nie zakładam z góry (prócz tego, że przytyję- a nie chcę). Przez to, że się nie nastawiam i staram się nie planować niczego zanim się tam nie znajdę, nie boję się tego roku. Wierzę w to, że poradzę sobie ze wszystkim, dotąd nikt i nic nie było w stanie skłonić mnie do rezygnacji z wymiany. Wiem, że zostawiam tu ludzi, których kocham, za nimi będę tęsknić, ale to mój moment. Nie chodzi o kogoś, kto stoi z boku. To moja krótka chwila i mój czas. A w tej chwili spełnią się moje marzenia.
Ktoś mi powie, że takie podejście jest egoistyczne, może jest. Kiedy marzenia wydają się być nierealne, są warte spełnienia. Moje są wielkie i większość ludzi głośno ze mnie kpiła kiedy się do nich przyznawałam, a ja dalej dmuchałam świeczki, żeby wyjechać. Uczyłam się języka, czytałam książki, oglądałam filmy, wyłapywałam slang, uczyłam się historii tego kraju. Też zapracowałam na to co mam, a robiąc to wszystko po kolei nikogo nie odrzuciłam. Nie uciekam od bliskich, ponieważ zamierzam tu wrócić. Nie będę mówić żegnaj, tylko do zobaczenia za rok. 
Pozdrawiam Was wszystkich ze słonecznego Świnoujścia i dołączam swoje zdjęcie z Werą (do której pewnie szybko będę chciała wracać!)

P.S. w razie pytań piszcie, jeśli będę umiała to chętnie pomogę! ;)

niedziela, 21 kwietnia 2013

Przydługi, potrzebny wstęp wymieńca

Postanowiłam zacząć pisać kolejnego bloga, oczywiście zupełnie różniącego się od www.igaer.blogspot.com . Dziś mamy 21 kwietnia, najprawdopodobniej za 4 miesiące o tej porze albo będę w drodze do USA lub będę już za oceanem. Chciałabym opisać swoje spostrzeżenia, nadzieje jakie wiążę z wyjazdem (chyba po to, bym nie zapomniała ich w trakcie ;)), a także pokazywać tu wszystko co zdołam uchwycić podczas wyjazdu, nie chcę się chwalić, uważam po prostu, że będzie to świetny sposób na opowiedzenie wszystkim członkom rodziny, znajomym co się u mnie dzieje. Chcę już teraz ułatwić sobie kontakt z nimi! ;)

O wyjeździe do USA marzę od dziecka, mając 12 bądź 13 lat znalazłam ogłoszenie o programie "rok szkolny w USA", od razu się tym zainteresowałam.Od 4-5 lat myślałam o tym by wyjechać do Ameryki. Jest to moje największe marzenie, miłością do tego kraju zaszczepił mnie mój pradziadek. Wielokrotnie podejmowałam temat z rodzicami, powiedzieli, żebym wróciła do rozmowy po pierwszym semestrze I klasy LO. Wróciłam, z gotowymi ofertami, dobrze się do tego przygotowałam. Nasza rozmowa skończyła się płaczem, krzykiem i niepotrzebnym spięciem. Straciłam nadzieję, że wyjadę wcześniej niż po liceum. Reszta rodziny była podzielona. Jedna strona twierdziła, że robię głupstwo, że spapram sobie takim wyjazdem życie i chcę wszystko co dostałam tutaj, zostawić. Mimo takich słów, druga połowa bardzo mnie w moich działaniach wspierała. Wierzyli od początku w to, że sobie poradzę. Dałam moim rodzicom czas do namysłu, uwierzyli, że warto i dobrze wykorzystam tę szansę jaką mi dają. Każdego dnia w duchu im za to dziękuję. Złożyłam dokumenty, zdałam SLEP'a. 5 dni temu zamknięto moją aplikację, dziś szukają już dla mnie placementu (rodziny goszczącej, u której będę mieszkała). Moi przyjaciele, bardzo mnie popierają, za co im dziękuję, wiem, że ciężko nam będzie się rozstać za parę miesięcy, ale wiem, że mimo różnicy czasu zawsze odbiorą telefon ode mnie. Moja Zuzka(siostra) i rodzice bardzo się starają. Mimo tego, że podokuczam Zuzi, że za parę miesięcy wyjadę i nie będzie musiała słuchać mojego weekendowego zrzędzenia, wiem, że będę ogromnie tęsknić. Brakuje mi jej co tydzień kiedy jestem w szkole (od września mieszkam sama w szkolnej bursie). Mój tato podchodzi do tego z dystansem, tak mi się przynajmniej zdaje. Mama bardziej to przeżywa i chyba bardziej niż ja sama czuje, że za 5 miesięcy mnie nie będzie choćby na weekend.

Marzę by znaleźć się blisko Nowego Jorku, ale jeśli trafię do słonecznej Arizony, czy kukurydzianego Kansas nie będę płakać czy zamartwiać się, jak TAM będzie.
Nie boję się. Strach w tym momencie jest mi obcy. Jestem w znacznym stopniu oswojona z myślą, że wyjeżdżam. Poradzę sobie z każdą trudnością, wierzę w to mocno. Pradziadek Ted powiedział mi pewnego razu "Ameryka jest ładna na zdjęciach, filmach. Kiedy się już tam znajdziemy pozostaje ciężka praca jak wszędzie". Mimo tego jak racjonalnie podchodził do swojej prawdziwej ojczyzny, bardzo ją kochał. Mam nadzieję, że i ja ją pokocham!


Odezwę się jak dostanę placement i będę znała szczegóły.
Pozdrawiam! ;)