Pokazywanie postów oznaczonych etykietą exchangeintheus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą exchangeintheus. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 kwietnia 2014

Maraton dzień 3 - Welcome 2 Detroit City

Cześć,
ochłonęłam po średnim początku wczorajszego dnia. Ale z tego wszystkiego  zapomniałam się pochwalić, że Lady Eagles wygrały 4:00 w Detroit w poniedziałek!!! Mało przychylnie wyrażałam się w swojej drużynie w niedzielę, ale jak widać potrafimy pokazać na co nas stać!!!

Zabieram Was do Detroit. Pamiętam co mówiłam we wrześniu -  nie jest AŻ tak źle, bywałam w gorszych miejscach. W Detroit bywałam, ale nie zapuszczałam się w jakieś podejrzane dzielnice. W sobotę robiłam swoje "senior pictures" (o tym też szerzej inną okazją) i byłam w sercu DT a nie w części reprezentacyjnej/przejazdowej/ciekawej dla potencjalnego turysty.
Jedyne do czego mogę to porównać z czymś co widziałam wcześniej to fotografie z 2WŚ. I nie mam na myśli ludzi, to podkreślam, ale zniszczenie budynków.

Domy są opuszczone i najczęściej rozpadają się na kawałki. W innych przypadkach nikt nie trudził się zburzyć budynku i go podpalił. Sklepy przy ulicy wyglądają na opustoszałe. Ludzie bezdomni szukają domu w pustostanach.


Przypominam sobie zimę, która była ostra, długa i trwała do kwietnia. Żal mi jest tych ludzi, bo tutaj bardziej niż gdzieś indziej wierzę, że brak środków na życie zmusza ich do żebrania/stania przy drodze z szyldem, że zbierają na jedzenie. Zwrócę się do Wrocławian, albo do osób, które Wrocław odwiedzają - pamiętacie przejście przy dominikańskim? Albo Świdnickie? Pamiętacie matki z dziećmi? Albo inwalidów? To tak jakby wszędzie były te przejścia.




Wspomnę jeszcze, że w zeszłym roku mieszkałam na Hubach i dzielnie/nieświadomie zapuszczałam się w niektóre ulice o słabej renomie. Trójkąt to przy Detroit nowe osiedle na Krzykach i uwierzcie, że dzisiaj jak nigdy chciałabym przesadzać.











Istnieje jedna niepisana zasada - jedziesz przez te dzielnice Detroit więc pod żadnym pozorem się nie zatrzymuj. 

Coś co mnie dobiło to brak szacunku dla obiektu kultury. Nie przypominam sobie, żebym w Polsce spotkała się z niszczeniem czegoś co przynosi miastu zwiedzających co za tym idzie pieniądze, może poza niewielką farby na ścianie. Byłam na ulicy, która jest dziełem sztuki nowoczesnej. W zeszłym roku analizując "Abakany" na jakiś projekt stwierdziłam, że ciężko będzie mnie wprowadzić w zakłopotanie - Detroit przyszło z pomocą.
Punkt polega na tym, że domy przy ulicy są dziełami sztuki i rozłożone są tematycznie. Wiem, że nie jest to punkt każdej wycieczki, ponieważ trzeba się zanurzyć pomiędzy dzielnice, ale dla artystów czy pasjonatów sztuki z pewnością jest to perełka. Na skalę światową zapewne przynosi dochody.
Akcja zacieśnia się w momencie, kiedy spacerując i obcując ze sztuką widzisz pozostałości po domu, który padł ofiarą podpalenia. Nie umiem znaleźć dla tego incydentu wyjaśnienia, ja nie rozumiem zamysłu autora, ale w życiu bym tego nawet nie tknęła. Nie dlatego, że sztuka jest dla mnie tak ważna, tylko zdaję sobie sprawę, że to wspiera finansowo moje miasto. Podobnie stało się z głównym dworcem kolejowym.

Morał z tego jest taki, że przy kręceniu kolejnego sezonu The Walking Dead wystarczyłoby przenieść plan zdjęciowy do Detroit i byłoby jeszcze dramatyczniej.

Na koniec wrzucę Wam fragment piosenki Eminema, który urodził się w Detroit.
"Gdzie moi gangsterzy i wszyscy moi bandyci?
Podnieś ich ręce i pokaż trochę miłości
A ja witam cię w mieście Detroit
Powiedziałem że witam cię w mieście Detroit"
 
Do jutra, 
trzymajcie się ciepło, 
Iga


czwartek, 10 października 2013

Zmiany w szkole

Cześć wszystkim!
Dziś pogadamy o małych rewolucjach jakie zaistniały w ciągu ostatniego miesiąca. Są one bardzo korzystne, teraz muszę poświęcić szkole więcej czasu. Ale zacznijmy od początku...
Wiecie, że zaczęłam rok szkolny jako junior (co oznacza, że byłam uczniem 11 klasy). Przypomnę Wam mój pierwszy plan lekcji:
1. 11 Angielski
2. Prawo biznesowe
3. Historia USA
4. Dziennikarstwo
5. Pre-calculus - matematyka
Minęło parę dni, rozeznałam się w temacie i przyszedł czas na pisanie artykułu na dziennikarstwo. Tematem był "profil nauczyciela". Chciałam pisać o kimś z kim mam lekcje, więc padło na jedną z moich nauczycielek angielskiego. Po przeprowadzonym wywiadzie zaczęłyśmy rozmawiać o mnie, poprzedniej szkole. Wymsknęło mi się, że seniorzy (uczniowie 12 i ostatniej klasy liceum) mają fantastyczny rok, ze względu na całą otoczkę ukończenia szkoły itd. Jeśli ktoś nie wie o czym mówię to zapraszam do obejrzenia filmu o amerykańskim liceum (zwłaszcza o "senior year")  i ekstra przykładem będzie Glee lub High School Musical. Zostałam zapytana czy nie starałam sie przenieść do następnej klasy, skoro mam tak świetne oceny (i wiekiem pasuję). Szczerze odpowiedziałam, że to nieuprzejme na wejściu pytać o dyplom ukończenia szkoły i że nie po to tu głównie jestem. Uwierzcie, że byłam bardzo podekscytowana kiedy to Ms. Slyman poszła ze mną do mojej counselor (nazwijmy ją opiekunem szkolnym), aby z nią porozmawiać. Nikt nie starał się mi podłożyć nogi i nie czekał na moją porażkę. Wszystko poszło w miarę gładko i tak, jestem seniorem!!! Nawet teraz przechodzą mnie dreszcze, jak myślę, że jestem taką szczęściarą!
Co oznacza bycie seniorem? Otrzymam High School Diploma, czyli dyplom ukończenia szkoły. Dzięki temu nie muszę powtarzać klasy w polskim liceum, ba! ja nawet nie muszę wracać do klasy maturalnej. Będę miała wykształcenie średnie, więc mogę śmiało aplikować na studia. HSD nie jest jedynym profitem, czeka mnie prom(bal maturalny), graduation (cała ceremonia rozdania świadectw i znów polecam obejrzeć filmy), zdjęcia w yearbook (rocznik szkolny) i wiele innych. Inaczej się jest seniorem (a gorzej juniorem). Lunch od początku roku jadam z tymi samymi ludźmi i wszyscy są uczniami 12klasy, czułam się młodsza mimo tego, że jesteśmy w tym samym wieku i nie wiem dlaczego, bo od kilku lat jestem najmłodsza wśród ludzi jakimi się otaczam i mi to zupełnie nie przeszkadzało.
Musiałam też zmienić mój plan lekcji, ale ustaliłyśmy z moją "opiekunką", że zamienimy jedynie angielski na 12klasę i zrobię to dopiero od drugiego trymestru, żeby mi było łatwiej. Do otrzymania dyplomu szkoły potrzebny jest mi test ACT (czytanie-pisanie-matematyka-p. ścisłe; nazwijmy to małą maturą).
Zastanawiałam się co zrobię dalej, po powrocie z USA w przyszłym roku (bo jeśli ja nie mam żadnego planu to działam jak na zwolnionych obrotach, kiedy jest plan, oznacza to, że należy osiągnąć cel i działamy w tempie x2).
Tak, będę aplikowała na uczelnie amerykańskie. Jestem zakochana w USA i to bardzo. Miałam cichą nadzieję, że może moja ekscytacja tym "światem" nieco zmaleje jak się tu znajdę i doświadczę prawdziwego życia w amerykańskim społeczeństwie- nic z tych rzeczy. Każdego dnia kocham życie tutaj bardziej i bardziej, ale też coraz moniej i mocniej jestem wdzięczna moim rodzicom, że dali mi szansę na znalezienie się w tej innej rzeczywistości. Po 6 tygodniach w stanach stwierdzam jednogłośnie - RÓŻNICA CZASU JEST DO BANI! Przeszkadza mi w komunikacji z nimi i jest niestety nie do przeskoczenia. Co więcej zamierzam sama płacić za swoje studia. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, żeby moi rodzice za nie płacili. To moja fanaberia, że kraj nad Wisłą nie jest spełnieniem moich marzeń. Oni też mają prawo (wręcz obowiązek! ;)) spełniać swoje marzenia, choć starają się mi nieba przychylić.
Zamierzam aplikować nie tylko w Ameryce, z racji tego, że w Europie mam większe szanse na dostanie kredytów studenckich. I do rodziny mam bliżej, co jest jednym z najbardziej decydujących czynników.
Plan wygląda następująco - dostać dyplom, być najszczęśliwszą na świecie po otrzymaniu potwierdzenia o przyjęciu na studia i dozgonnie wdzięczną moim rodzicom za to jak mnie wychowali. 
Mam to szczęście, że jedną z ważniejszych rzeczy, jakie mi wpoili do głowy to to, że mogę osiągnąć wszystko o czym zamarzę jeśli będę na to ciężko pracować, i że zawsze mam wolny wybór, i sama podejmuje swoje decyzje. Ponoszę ich konsekwencje, ale oni w nie ingerują. Wiem, że mi nie podetną skrzydeł, tylko każdego dnia doklejają mi nowe piórka. Gdyby nie oni, nie wierzyłabym w to kim jestem i nie miałabym siły by dążyć do tego kim chcę być i co osiągnąć. Zrobiło się strasznie sentymentalnie. A chciałam powiedzieć, że do studiowania w Europie potrzebne mi są jeszcze inne egzaminy.
Nazywają się Advanced Placement. W zależności od uczelni są one wymienne z SAT2 (czyli egzamin z danego przedmiotu) i wymagania różnią się co do ich liczby(2 lub 3). Będę zdawała 3 APs. Pierwszy egzamin - niemiecki, Ci co mnie znają osobiście i wiedzą jak zawiła była moja kariera germanistyczna, może będą się śmiali, ale wybrałam ten przedmiot bo nie muszę się uczyć do testu niczego nowego. Nie używałam języka prawie półtora roku, ale po sprawdzeniu wymagań, wiem, że sobie poradzę. Tym bardziej, że mogę liczyć na pomoc mojego byłego nauczyciela j. niemieckiego. Drugim przedmiotem jest historia Europy i chyba za dużo tłumaczyć nie trzeba, znów nie muszę się przykładać szczególnie, nawet nie muszę uczyć się nowych map Europy (ba! nawet dobrze granice Polski wyznaczają w materiałach). Trzecim przedmiotem jest literatura angielska, tutaj bierzemy się ostro do roboty i dopisujemy nowe wyzwanie. Wierzę, że podołam, ale będzie mi łatwiej bo w szkole jest kurs, który przygotowuje do tych testów.
Od zeszłego tygodnia jestem uczennicą tej klasy. Musiałam wykombinować jak to zrobić, żeby upchnąć 6 przedmiot w pięciolekcyjnym planie.
Z historii miałam 100% (w szkole obowiązuje system punktowy, jak ktoś nie zna to www.lo12.wroc.pl i jest bardzo podobnie). Powiedziałam do przyjaciela, że mam (aż i tylko) A jako ocenę "proponowaną na trymestr" i usłyszałam, że co chciałabym więcej skoro wyżej jak 100% się nie da. Pozdrawiam, mam 107% z historii w chwili obecnej i około 110% z prawa.
Dzięki temu, że jestem tak dobrą uczennicą (patrz- sumienną), mam obecnie "independent study" z historii USA, czyli dostaję inne materiały niż klasa i pracuję nad nimi w domu a w czasie historii uczestniczę w zajęciach AP English.
To chyba tyle ze zmian, w tym tygodniu jestem nieobecna w szkole, co nie oznacza, że nie obowiązują mnie terminy oddania prac/artykułów. Na tapecie dalej widnienie Elżbieta i w porównaniu do Poniatowskiego, o którym pisałam podobną pracę w zeszłym roku po przeczytaniu książki o Eli, jestem jeszcze bardziej nią zaintrygowana niż przed lekturą.
Fajnie, że ze mną jesteście, dajecie niezłego kopa wiadomościami! W poniedziałek kolejny stricte amerykański post.
Pozdrawiam Was wszystkich,
senior 2014 IGA from Poland.
P.S. Właśnie jestem w środkowych stanach i zupełnie magicznie jest poznawać nowy akcent, słownictwo i mieć świadomość, że z granicy  z Kanadą przetransportowałam się do centrum! Zostawiam Wam zdj mapy i już uciekam! 


poniedziałek, 7 października 2013

Poniedziałki w Ameryce #3

Cześć wszystkim!
Dzisiejszy post będzie krótki,  z racji tego, że jestem na wakacjach i czasu na pisanie jest mniej niż zazwyczaj.
Pytaliście mnie o wygląd przeciętnego nastolatka i czy prawdą jest, że nikt nie zwraca uwagi jak się jest ubranym.
Powiedziałabym inaczej- Niektórym ludziom nie przeszkadza to, że mają na sobie piżame jak wchodzą ze swoim dzieckiem do szkoły(widziałam-inf. sprawdzone). Nie oznacza to jednak, że inni nie zwracaja na to uwagi. Chociaż legginsy nosi każda dziewczyna i nikt nie zwraca uwagi na cellulit. Ja nie ubiorę dresów do szkoły, albo japonek z nike. I już.  

Typowy nastolatek(od stóp do głów):
- chłopak: klapki z nike, adidas, skarpety do pół łydki, szorty do kolana(bądź obcięte dresy), koszulka do baseballu, badz zwykly tshirt i plecak.
- dziewczyna,  skarpetki+klapki, jeansy/dresy, koszulka i bluza.
Oczywiście jest to przykład, który sie najczęściej powtarza. Nie oznacza to, że nie znajdziemy dziewczyn, które przykładają więcej uwagi do swojego stroju. Albo chłopców ubranych w koszulki polo i mokasyny.
Zero hipsteriady i nikt nie stara się wyglądać "hipstersko". W Polsce skarpetki i klapki z powodzeniem uchodziłyby za iście hipsterski OTD! 
To chyba na tyle w tym temacie, jeśli przegapiliście historię Elżbiety Tudor, sprawdźcie poniższy post. Po prawej stronie znajduje sie formularz kontaktowy, zapraszam do pisania. W tym tygodniu pojawi się również post o zmianach w szkole.
Dzięki, że ze mną jesteście,
Pozdrawiam!
Iga

poniedziałek, 30 września 2013

Poniedziałki w Ameryce #2

FAST-FOOD!
Pytania w wiadomościach brzmiały: 
"czy to prawda, że wszyscy jedzą fast-foody?"
"Ile przytyłaś od jedzenia fastfoodów?"
"Ile kalorii ma przeciętny szkolny lunch?"
"Czy mcdonald w usa jest taki jak w Polsce?
"Często jadasz fastfoody?"
"Czy to prawda, że ludzie jedzą śmieciowe jedzenie a popijają je coca-colą light?"
 Przewijały się też bardzo podobne do powyższych.
Należy jednak zacząć od zdefiniowania słowa fast-food. Dla mnie do końca sierpnia, fast-foodami był każdy rodzaj jedzenia, które kupujemy zazwyczaj na wynos, a którego czas przygotowania jest bardzo krótki, posiłek zazwyczaj zawiera dużo liczbę węglowodanów i tłuszczy. Będąc w Polsce, mieszkając z rodzicami nie miałam w zwyczaju jeść śmieciowo. Kiedy mieszkałam w bursie - owszem, mcdonald przy ulicy bardzkiej był traktowany równie mile i często jak biblioteka. Lubię fast-foody i uważam, że jeśli raz na jakiś czas zjem coś niezdrowego to mi korona z głowy nie spadnie a tyłek nie urośnie do rozmiarów mojego pokoju tyle słowem wstępu.
Pytanie pierwsze - nie spotkałam osoby, która by w fast-foodzie nie jadała. Naprzeciwko mojej szkoły jest mcdonald, natomiast zaraz obok za płotem budują taco-bell (fast-food z meksykańskim jedzeniem). W TB jadłam 2 razy, szczególnym fanem meksykańskiego jedzenia nigdy nie byłam. I najwidoczniej jestem jedną z nielicznych, które uważają, że życie bez TB za rogiem jest niewiele uboższe niż z nim. WSZYSCY, WSZYSCY, WSZYSCY mówią o tym, jak to FANTASTYCZNIE, że budują TB tuż koło nas. W szkole, w domu, wśród sąsiadów. Z racji tego  uważam, że tak, wszyscy jedzą fast-foody. 
2ie- zabawne, bo nikt nie zapytał CZY przytyłam, wszyscy zakładają, że przytyłam. A ja jak się okazało dzisiaj po miesiącu wyszłam na 0! (Co wcale nie oznacza, że nie kosztuje mnie to sporo wysiłku)
Kolejne pytanie jest dosyć nieprecyzyjne, ale spodobało mi się w mailu. Bo to zależy o jakim lunchu mówimy. Mój nie jest bardzo kaloryczny, bo w zależności od tego czy mam ochotę/czas przygotowuję sobie lunch w domu, albo biorę ze sobą jakiś owoc. Chciałam ostatnio zjeść coś ze szkolnej stołówki, dziwnym trafem zapomniałam portfela. I chyba dobrze. Ludzie jedzą pizze/nachos/burgery/chipsy/batoniki popijają napojami słodzonymi lub mlekiem (!!!). Ja mam swój lunchbox z 3 przegródkami i zazwyczaj jest to mięso (kawałki kurczaka/wołowiny), owoce (np. maliny, borówki, truskawki) i jakiś ryż/sałata/warzywa. Sami możecie obliczyć ile kalorii może mieć przeciętny lunch. 
Czy mcdonald w us jest taki jak w pl? Kanapki są chyba takie same. Wszystko wygląda tak samo w środku. Ciekawe jest to, że na tych banerach nad kasjerami gdzie są pokazane kanapki jest cena za zestaw i za samą kanapkę, ale obok nich jest liczba kalorii jaka przypada na kanapkę/kanapkę w zestawie. Byłam tam co prawda miesiąc temu, ale było to od 450-700kcal za kanapkę i ponad tysiąc za zestaw. (Zamówiłam zestaw :P)
Przedostatnie pytanie - jak na mnie i mój sposób oceniania jedzenia- BARDZO CZĘSTO. Przynajmniej 1 w tygodniu.
Ostatnie punkt na dziś. Piją napoje w wersji diet, bo nie tylko cocacolę. Ja piję colę bo ją lubię i nie zamawiam/kupuję wersji light, bo mi zwyczajnie nie smakuje, moim zdaniem jest za słodka (o ironio). Dużo osób wybiera "diet" u nas w domu są tylko napoje diet. Z czego to wynika- nie mam pojęcia. Sądziłam, że po prostu te zwykłe są słodkie, a przynajmniej cola smakuje tak samo. Dużo osób pije zimną herbatę, która zazwyczaj jest słodzona. 
Podsumowując dzisiejszy temat fast-foody są wszędzie. Nie oznacza to jednak, że nie ma dla nich alternatywy i jesteśmy na nie skazani. Do nas należy wybór, czy pijemy wodę, czy napoje słodzone. My decydujemy czy wolimy zjeść w mcdonaldzie czy zrobić sobie domowe pierogi (zapraszam post niżej).  Zapomniałam dodać, że jedzenie w fast-foodzie to około $10 na osobę. Tyle samo zapłacimy jedząc w domu zrobioną przez nas sałatkę z jakimś mięsem. Twoja waga=twój żołądek=to co jesz i tutaj chyba nikt się nie oszukuje, że fast-food wcale nie jest taki tłusty. 
Dlaczego nie boję się jeść tutejszego jedzenia? Zwłaszcza fast-foodów? Kochani, to jest mój rok, moje spełnienie marzeń itd. Zupełnie idiotyczne wydaje mi się liczenie w tej sytuacji każdej kalorii, nie wspominając o wyrzutach sumienia. Po prostu staram się zachować zdrowy rozsądek.
Fanka fast-foodów i hejterka otyłości,
gorąco pozdrawia i życzy udanego tygodnia!
I.

poniedziałek, 23 września 2013

Poniedziałki w Ameryce #1

Cześć Wszystkim!
W wiadomościach od Was często znajduję pytania, propozycje na nowe posty i zażalenia, że tak rzadko piszę. Po pierwsze nie będę opisywała każdego mojego dnia na blogu, bo dla mnie samej czytanie streszczeń na innych wydaje się nudne i po 1/3 przerywam, a wywołanie w Was znudzenia to ostatnia rzecz jakiej bym sobie życzyła. Próśb o konkretne posty jest coraz więcej, w związku z tym postanowiłam otworzyć nowy cykl. Nazwa brzmi: Poniedziałki w Ameryce. Zgodnie z tytułem, posty będą się pojawiać w poniedziałki czasu polskiego. Wszystko co piszę, jest podyktowane tym, czego doświadczam podczas wymiany.

"Hi how you doin" - Mentalność

Prawdą jest, że większość (zdecydowana) ludzi, jest uprzejma. Kiedy przychodzimy do sklepu, pan ochroniarz miło się uśmiechnie i zapyta co u nas słychać. Podczas zakupów ludzie się do siebie uśmiechają, przepraszają kiedy chcą przejść, dziękują za pomoc. Nie wstydzą się powiedzieć "o rozpiął ci się guzik w koszuli" "masz rzęsę pod lewym okiem" i inne podobne przypadki. My (mam na myśli Polaków) nie odzywamy się obcych, tak jest i już. Nie naruszamy czyjejś strefy, prywatności. 
W pierwszym tygodniu wydawało mi się zupełnie dziwne, kiedy słyszałam (od zupełnie nieznanych osób) "podoba mi się twoja fryzura", "lubię kolor twoich butów". Zastanawiałam się czemu robią to tak naturalnie, bez żadnego skrępowania. Po paru razach zupełnie przestałam na to zwracać uwagę. Sama lubię siebie i staram się wyglądać tak, jak chcę, żeby mnie odbierano. Nie wstydzę się powiedzieć matce, spotkanej w sklepie, że ma śliczne dziecko, jeśli faktycznie tak uważam. 
Wszystkie te przytoczone przykłady mają też drugą stronę, bo nikt nie zwraca uwagi, czy jesteś gruby/chudy/biały/czarny. Nie wstydzą się przyznać, że coś im się podoba, mają wystarczająco przyzwoitości by nie patrzeć się krzywo na ludzi innych od nich samych. Różnice w społeczeństwie są bardzo duże, ale człowiek jest człowiekiem. Jeśli żyje w tym kraju, jest wolny w swoich wyborach. 
Pewnie, że kiedy słyszysz "how you doin" osoba, która Cię o to pyta nie czeka na twoją długą odpowiedź i zadowoli się zwykłym "wszystko w porządku". Nie wypada też narzekać, że pogoda jest brzydka a wstawać rano trzeba. Pewnie, że może wcale twojego rozmówcy nie obchodzi czy odpowiesz cokolwiek. Ale ja wolę krótkie "cześć, wszystko super a u ciebie" niż narzekanie, krzywe spojrzenia czy odwracanie się tyłkiem. A choćby komplement, jaki usłyszysz byłby nieszczery to i tak miło jest go usłyszeć.

Zapraszam Was wszystkich do pisania kolejnych propozycji, dziękuję za te już wysłane. 
Zostawiam też zdjęcie pt. "Iga ze swoim przyjacielem - masłem orzechowym"
POZDRAWIAM!

sobota, 14 września 2013

JAK STUDENT Z WYMIANY PRZEŻYŁ PIĄTEK 13?

5:40
Zadzwonił budzik. Trzy minuty później wstałam z łóżka, podreptałam pod prysznic. Przygotowałam się do szkoły. Zjadłam owsiankę, wypiłam herbatę.
6:45
Wyszłam do szkoły z uśmiechem na ustach, że temperatura jest niższa niż przewidywana. Słuchawki w uszach, kubek z kawą dłoni i udałam się do szkoły rozpocząć kolejne wyzwanie. W oknie sąsiadów zobaczyłam czarnego kota, czekalam na coś niezwykłego.
6:59
Szafka nr 2256, znów przekręciłam kłódkę o jedną cyfrę za daleko. Podreptałam wśród tłumu do sali gdzie mam angielski. Wysłuchaliśmy ogłoszeń i zaczęliśmy od oddania naszych artykułów. Napisaliśmy quiz (najprościej w świecie - jest to kartkówka). W tej klasie w poniedziałki, środy, piątki mamy 15 minut na swoje własne (ciche) czytanie. Praca domowa na weekend - czytaj swoją lekturę. 8:27 dzwoni dzwonek.
8:42
Początek prawa. Niektórym nie zaliczyli ostatniego "zadania", które oddawaliśmy nauczycielce więc poprawiali to w czasie lekcji. Ja jako pilny uczeń siedziałam z książką i robiłam notatki. Uwielbiam charakter mojej nauczycielki. Może ktoś z czytających bloga zna Panią Danutę Fryc, nauczycielkę języka angielskiego  w Ząbkowicach Śląskich - znalazłam jej odpowiednik. (Jeśli ktoś z Was jest jej uczniem, proszę ją serdecznie ode mnie pozdrowić)
9:54
Historia US. Nie powinnam narzekać bo metody nauczania są bardzo przystępne, każdy może je zrozumieć i się w nich odnaleźć. Nawet uczeń szkoły podstawowej. W podstawówce uczyłam się ładnych parę lat temu i wszelkie szukanie słów z wykreślanek,  robienie sobie jednozdaniowych notatek są zupełnie nie dla mnie. Przez to ambitna Iga już w pierwszym tygodniu pożyczyła książkę by w domu móc sobie czytać, robić wykresy, porządne notatki! i inne podobne. Najciekawsze są wiadomości codziennie i  filmy, oglądamy je wspólnie w klasie i z nich mamy robić notatki.
10:55
Iga opuszcza klasę by udać się do swojej szafki po lunch, zostawić ciężką książkę do prawa. 10:59 dzwoni dzwonek. Lunch jem codziennie przy tym samym stoliku, ludzie są mili. Trafiłam do tego stolika dzięki Jess'iemu (know u will read it, Jess!).
11:27
Kończę lunch i piszę z Darą, dzięki czemu jako ostatnia wchodzę do klasy z dziennikarstwa. Jedna z ulubionych klas - dużo się od nas wymaga, przede wszystkim dyscypliny i dobrej organizacji czasem (Mania planowania się pogłębia) Mimo wszystkich terminów, zobowiązań panuje tam całkiem niezła atmosfera.
12:44?
Idę na pre-calculus z odrobionym zadaniem. Moja tutejsza matematyka w porównaniu z zeszłym rokiem to szalenie dobra zabawa. Nie stresuj się, pomagaj innym, rób sobie fiszki ze słownictwem (obowiązkowe! każda fiszka z rysunkiem, definicją i przykładem), twój zeszyt jest twoim przyjacielem, nikt nie zrobi Ci lepszych notatek niż ty sam i moja ulubiona kwestia Mrs. Shafer "jeśli czegoś nie oddasz w terminie to źle, ale wciąż cię kocham". Duża motywacja przed wyjściem ze szkoły.
2:00
Dzwonek, do domu, weekend, spać. Z wrażenia o tych wszystkich rewelacjach moja szafka zyskała przyjaciela na weekned - mój kubek termiczny.
2:20
Zmiana ubrania, zabawa z psem w ogrodzie, kanapa, pies (same ekscytujące zajęcia). Rozmowa z mamą, Zuzą, szybkie odpisywanie na wasze wiadomości przywatne (czuję się jak gwiazda internetu, kiedy znajduję je w swojej skrzynce codziennie- RAZ JESZCZE DZIĘKUJĘ)
5:00
Gotowanie obiadu! Ciekawa jestem ile z was lubi rosół? Bo ja nie cierpię, o czym już wszyscy tutaj zdążyli się dowiedzieć. Kupiłyśmy z h mom, nazwijmy to czysty rosół w kartonie. Podsmażona cebula, marchew, kurczak, rosół z kartonu, trochę wody i zupa gotowa. Na drugie danie noga z kurczaka z patelni duszona z papryką. Zdecydowanie mogłabym kiedyś pracować i gotować/sprzątać dla swojej rodziny.
6:30- teraz
Spędziłam go na kanapie, robiąc notatki o uczelniach amerykańskich, które mnie interesują. I zdążyłam zasnąć z laptopem na kolanach

***
Jak widać mój piątek był dosyć nudny, z czym się absolutnie zgadzam. Mój piatek 13ego nie był pechowy, ale nie przyniosl ze soba niespodzianek. Ostatnie dni minęły mi zdecydowanie za szybko, były bardzo intensywne, pełne zajęć, ale czasem też obowiązków.  Poprzedni weekend spędziliśmy całą rodziną nad północy stanu w naszym domku nad jeziorem. Bawiliśmy się świetnie, niżej wrzucę kilka zdjęć. W środę świętowaliśmy 5 urodziny Tegan! 
Dzisiaj przy lunchu ktoś spytał jakie mamy plany na weekend 
- SPAĆ!
Zamierzam pierwszy raz się porządnie wyspać, zrobić wszystkie prace na przyszły tydzień i rozejrzeć się poważniej za wymaganiami na uczelniach, cieszyć się leniwymi chwilami, by być super-gotowa w poniedziałek o 5:40. 

wtorek, 3 września 2013

Wycieczka do Detroit

Hej!
W sobotę 08/31 wybrałyśmy się we trójkę do Detroit. Pamiętam jak ludzie w PL pytali mnie dokąd jadę, a ja mówiłam, że w okolice Detroit. I wtedy padało pytanie : CZY WIESZ, ŻE TO MIASTO UPADŁO I JEST TAM STRASZNIE NIEBEZPIECZNIE? Jakoś nigdy nie mogłam uwierzyć w to, że nie pozostało tam nic prócz pustych budynków i bezdomnych, którzy błąkają się po ulicach. Miałam rację. Naliczyłam 6 bezdomnych osób (a raczej takich, które mogą wydawać się bezdomne), więc przepraszam jeśli urażę kogoś z Wrocławia, ale do tego miasta mogę to porównać, bo tam mieszkałam - w przejściu świdnickim, koło galerii dominikańskiej naliczymy więcej takich osób w ciągu paru chwil niż podczas dziennej wycieczki po Detroit. Samo miasto mi się podobało, widziałam Greektown (dzielnica grecka), byłyśmy także w wieżowcu GM, zrobiłyśmy sobie spacer po promenadzie nad rzeką i wybrałyśmy się na przejażdżkę kolejką miejską, wagoniki takie jak w metrze, tyle, że nad ziemią i można zobaczyć miasto dookoła. 
Zdjęcia z Detroit znajdziecie niżej.
Po powrocie z miasta zostałyśmy zaproszone na kolację u Leslie. Kiedy przyjechałyśmy do jej domu czekała na nas niespodzianka - WELCOMING PARTY!!! Oczy miałam pewnie wielkości piłeczek do pingponga ze zdziwienia! Nie wiem ile było osób dokładnie, ale mniej więcej około 30. Bardzo ciepło zostałyśmy przywitane wśród rodziny i znajomych. W prezencie dostałyśmy mnóstwo gadżetów w kolorach flagi, gift karty do McDonalds. Cała impreza opierała się na motywie partying in the us.
Dziś mamy wtorek 09/03 jest już po 17, co znaczy, że mam za sobą 1szy dzień w amerykańskim HS. Udało mi się nie zgubić w szkole i nie spóźnić na żadną z lekcji. Najbardziej jestem zafascynowana dziennikarstwem. Muszę dokupić jeszcze parę potrzebnych rzeczy, od jutra zaczynamy życie bardziej zorganizowane, rozplanowane co do godziny - czyli to co lubię najbardziej.
Dosyć lenistwa - czas się wziąć do pracy!
Pozdrawiam z gorącego Romulus,
Iga

sobota, 31 sierpnia 2013

RHS Romulus Senior High School

Hejka kochani!
Mam za sobą dwa dni spędzone w RHS, oczywiście nie szkolne, bo oficjalnie do wtorku mam wakacje.
08/29 miało miejsce orientation dla freshmans co znaczy tyle, że nowi uczniowie przyszli zapoznać się ze szkołą. Ja i Phuong miałyśmy się zgłosić do wyznaczonej osoby, by oprowadziła nas po szkole. Jeden z seniorów, który był w szkole, żeby pomóc freshmenom się odnaleźć zrobił nam trip around. Pokazał mniej więcej jak wygląda szkoła, pytał o nasze pochodzenie. Wróciłyśmy do domu z nową porcją dokumentów do wypełnienia.
Wczoraj byłyśmy 2gi raz w szkole, tym razem z Leslie, obie dzień wcześniej zrobiłyśmy wszystkie papiery. Z principal office (nasz sekretariat), zostałyśmy odesłane do counselor, osoby, która układała nam plan, do której możemy się zwrócić jak mamy jakieś pytania, chcemy zmienić plan itd. Miła Pani zapytała nas czym się interesujemy i powiedziała jakie klasy mogą nam odpowiadać. Mój plan wygląda tak:
1. Angielski
2. Prawo biznesowe
3. Historia USA
4. Gazetka szkolna
5. Zaawansowana matematyka
Widziałam już plan zajęć z matematyki, ponieważ jak szłam zobaczyć gdzie mam zajęcia, spotkałam nauczycielkę. Opis nie zawiera niczego, czego bym się nie uczyła w polskiej szkole, na pewno do wtorku przeglądnę w internecie wszystko, żeby rozeznać się w słownictwie. Gazetka brzmi nieźle, mam nadzieję, że ludzie z którymi będę miała tą klasę, będą chcieli tworzyć coś kreatywnego. Historia USA - strasznie się cieszę! Prawo biznesowe, brzmi interesująco zgaduję, że więcej będzie etyki biznesu niż samych przepisów. Angielski ma każdy tak jak  matmę i coś z science (fizyka, chemia, biologia). Miałam wszystkie te przedmioty w zeszłym roku więc może w przyszłym trymestrze wezmę biologię. Chciałabym zobaczyć jak to jest robić sekcję jakiegoś zwierzątka, wszyscy mi to odradzają.Z Phuong będziemy miały razem Angielski i US History. ;)
Rok szkolny dzieli się na 3 trymestry, mamy pięć przedmiotów na dany trymestr, przez pierwsze dwa dni możemy zmieniać klasy, jeśli jednak nam się nie spodobają itd. Zajęcia zaczynają się o 7:15, kończą o 2:00. Każda z klas trwa 72 minuty, na przejście z jednej do drugiej mamy 5 min, lunch trwa 30min. Tak to wszystko mniej więcej wygląda, jeśli coś pominęłam – napiszcie.
Niżej wrzucam kilka zdj zrobionych przez Phuong i mapkę szkoły. Chodziłam po niej, szukałam swoich sal, ale pewnie i tak się zgubię pierwszego dnia...
Wczoraj wieczorem bylyśmy z domu z dzieciakami, oglądałyśmy bajki, nie spałam dziś sama w łóżku, towarzyszyła mi Fallen. Wieczorem razem z hmom oglądałyśmy "Teorię spisku" i zapytała nas czy nie chciałybyśmy wybrać się do NYC wiosną, zgadnijcie jak cieszyło się moje serduszko, pomimo tego, że oczy same mi się zamykały. Zaraz, za moment jedziemy do DETROIT po raz pierwszy. 
Buziaki,
Iga

piątek, 30 sierpnia 2013

Phuong Anh

Cześć wszystkim!
Chciałabym Wam przedstawić Phuong Anh, która jest moją host siostrą i pochodzi z Wietnamu! Jestem od niej starsza o rok, ale będziemy w tej samej klasie, ponieważ obie skończyłyśmy 10grade w czerwcu.
Różnimy się od siebie przyzwyczajeniami, tradycją kulturową, ale szczerzę wierzę w to, że będziemy się dobrze bawić w tym roku. Phuong (tak się do niej zwracam bo nie mam wiekszych problemów z wymową jej imienia, w szkole będzie po prostu Anh), przyleciała dzień po mnie, odebrałyśmy ją z hmom z lotniska z plakatami itd (takimi samymi ja zostałam przywitana dzień wcześniej;)). Wczoraj i dzisiaj byłyśmy w szkole, ale o tym opowiem Wam w kolejnym poście (pewnie napiszę go wieczorem bo o 3 zbieram się na trening siatkówki). Wygląda na to, że będziemy jedynymi wymieńcami w naszej szkole.
Niżej możecie zobaczyć nas w szkole i sklejke Phuong z fb. Miłego oglądania dwóch wymieńców i do następnego razu,
buziaki Iga!

środa, 28 sierpnia 2013

1 post z USA

Cześć Wszystkim!
Doleciałam szczęśliwie i o czasie. Lot minął mi spokojnie, trafiło mi się miejsce obok Marcina (pozdrawiam, jeśli czytasz), nie nudziłam się, trochę spałam i skakałam pilotem po kanałach w tv. Po wylądowaniu nadal nie mogłam uwierzyć, że jestem w USA.
Rodzina przywitała mnie bardzo ciepło, ani na chwilę nie poczułam się obco. Były tabliczki "Welcome Iga" i dużo uśmiechów! Moja host siostra z Wietnamu, niestety spóźniła się na samolot i przyleci dopiero dzisiaj
W domu czekała na mnie kolejna niespodzianka, paczka, która zawierała podstawowe rzeczy do szkoły, papeterię z flagą USA, proporczyk, confetti itd. Omówiłyśmy z host mom kilka reguł obowiązujących w domu, rozpakowałam sie i poszłam spać.
Teraz jestem sama, ale zaraz przyjedzie córka host mom, Leslie, żeby zabrać mnie do szkoły, żebym mogła się zarejestrować itd. Następny post o pierwszej wizycie w szkole i przywitaniu Phuong z Wietnamu!
Zdjęcia mojego pokoju dodam, jak tylko spytam hmom czy nie ma nic przeciwko temu. Na razie zostawiam Wam moje zdj, całuję mocno.
Iga